Są takie miejsca - perełki, ukryte w miejskiej dżungli, o których dowiadujesz się pocztą pantoflową. Skarby nie wymagające nachalnej reklamy w mediach, smaczki które reklamują się same z racji tego, że są niepowtarzalne. Jeśli chodzi o kulinaria, szczecińska stołówka ENEI, zwana potocznie "u Tomali', dotarła do nas pocztą pantoflową dzięki tylko nam znanym łańcuszkom. Szef kuchni wyczyniał na zapleczu cuda i za kilka złotych można nadal zjeść tam przepyszne dania z opcją 'do pełna'. Ekipa po obfitym posiłku z trudem wytaczała się z lokalu, zapalić trawiennego fajczana. Nadal bywam w tym miejscu jak najdzie mnie ochota na doskonałe danie za małe pieniądze. Lokal ma jednak dwie wady. Jest czynny w godzinach otwarcia ENEI - czyli do około 15:00 oraz dzięki kiepskiej klimatyzacji stołówki znajdującej się nota bene w podziemiach, po posiłku pachniesz jak frytki ze schabowym. I trzyma się ciebie do wieczora. Bez kitu. Nie idzie tego zabić.
Wczoraj, dzięki rekomendacji znajomych, trafiłem do podobnego przybytku. W okolicy dworca kolejowego, tuż za hotelem Novotel w Szczecinie, na Placu Stefana Batorego mieści się siedziba Urzędu Morskiego. Przepiękny gotycki budynek z czerwonej cegły, będący dawnym ratuszem, kryje w sobie oprócz całej biurokracji, Bar Pod Czerwonym Dachem. W tymże barze urzęduje, jedyny w swoim rodzaju, szef kuchni z prawdziwego zdarzenia, którego specjalnością jest jadło wszelakie z naciskiem na ryby i owoce morza. I gwarantuję, że jest w stanie przekonać najzagorzalszych przeciwników morskich skarbów, że dobrze przyrządzone, smakują wybornie. Sam szef wybiega często z kuchni by doradzić, zapytać czy smakowało itp. Rasowy fachura ściągnięty z dalekomorskich frachtowców. Nam zaserwował rarytas dnia - fileciki okonków w cieście z głębokiego tłuszczu, zapewniając, że będą bez ości. Nie było ani jednej. Do tego na przystawkę podał faszerowanego pstrąga w galarecie z sosem tatarskim. Jakaś masakra. Do tego ceny są typowo barowe, a jedynym minusem jest czas otwarcia baru - w godzinach pracy urzędu. Zajrzyj jak będziesz w okolicy.
31 mar 2010
26 mar 2010
oZkary 2009
Przerobiłem nieco filmów z kolekcji Oskary 2009 i widzę, że ta nagroda przestała być przyznawana za filmy jako takie ale za sprawy, które poruszają. Najlepszy film roku - The Hurt Locker - nie wiem czy zasługuje na zmarnowanie dwóch godzin z życia, więc jakim prawem dostaje Oskara. Ano temat Iraku po prostu musiał go dostać, bo tak jest właściwie. Dalej nominowany w 6 kategoriach film Precious. Opieka społeczna, getto, czarnoskórzy, hardknock life itp. Nuda, nuda, nuda. Do tego nie ma nawet rapu. :) Oskar za drugoplanową rolę sadystycznej matki ma się nijak do roli zioma z Bękartów Wojny. Coś bym obejrzał wartego obejrzenia. We are not amused.
I wiosnę mamy i sprawy poukładane, szafy posprzątane, normalnie jakieś życiowe decyzje by się przydały. Dodatkowo brzuchol rośnie i na chwilę obecną 'it's a girl!'. :) Do tego lato ominęło wiosnę i 20 stopni nad morzem i lody dają. A ja na weekend zmieniam kolor korytarza na bardziej wiosenno - radosny. Malowanie z ziomem, krata browa - będzie z tego niezły kram.
I wiosnę mamy i sprawy poukładane, szafy posprzątane, normalnie jakieś życiowe decyzje by się przydały. Dodatkowo brzuchol rośnie i na chwilę obecną 'it's a girl!'. :) Do tego lato ominęło wiosnę i 20 stopni nad morzem i lody dają. A ja na weekend zmieniam kolor korytarza na bardziej wiosenno - radosny. Malowanie z ziomem, krata browa - będzie z tego niezły kram.
15 mar 2010
30 lat minęło ... ale nie mnie
Jak ustalę więcej faktów to może coś dodam o tym mocnym wydarzeniu. Tak czy owak zjechaliśmy na chatę przed 6 rano i wyciągałem zioma z taksówki ale ciężki był bydlak. Był też zadymiarz pod monopolowym, który został strasznie zbrechtany, była policja na chacie, na której nie wiem jak się znaleźliśmy i jakiś sąsiad przy drzwiach napisał "Kurwo, cisza nocna od 22:00 - 6:00". W międzyczasie ziomowi minęło 30 lat. Jak jeden dzień.
11 mar 2010
W marcu jak w garncu
Apartament uważam za urządzony. Mało piszę więcej urządzam. Poza tym walczę. I już myślałem, że wyleją mnie z roboty. A oni dalej nie. No to byle do jesieni.
I dostałem od ubezpieczyciela, niejakiego Amplico, zadośćuczynienie za palca. Polecam grać w kosza i łamać palce. Za palca mam LCD na pół ściany i drobne na ruchy :) Zawsze byłem przedsiębiorczy. Poza tym przelew po tygodniu od wysłania papierów. Solidna firma, normalnie polecam.
A na weekend czas odwiedzić Szczecin i zioma co mu 30 stuknęła. Nobliwy to wiek. Człowiek poważny, ustatkowany. Nic dziwnego, że zażyczył sobie Need For Speed na PS3, a nie krawat. Sprawdzimy na trasie do SZN jak sprawuje się CB. Może padnie rekord przejazdu :P
I dostałem od ubezpieczyciela, niejakiego Amplico, zadośćuczynienie za palca. Polecam grać w kosza i łamać palce. Za palca mam LCD na pół ściany i drobne na ruchy :) Zawsze byłem przedsiębiorczy. Poza tym przelew po tygodniu od wysłania papierów. Solidna firma, normalnie polecam.
A na weekend czas odwiedzić Szczecin i zioma co mu 30 stuknęła. Nobliwy to wiek. Człowiek poważny, ustatkowany. Nic dziwnego, że zażyczył sobie Need For Speed na PS3, a nie krawat. Sprawdzimy na trasie do SZN jak sprawuje się CB. Może padnie rekord przejazdu :P
3 mar 2010
Grasz o staż
Stażyści mojej mamy nie przestają mnie zaskakiwać. W tym roku odbył się casting, który wygrała 27 latka. Laska w życiu nie pracowała, ma 7 letnie dziecko i ustawionego męża. Postanowiła w końcu wyrwać się z domu, bo te marne kilkaset złotych to nie powód. Do roboty przyjeżdża nowym passatem kombi w czerwonych kozakach, które robią niemałą furorę. Jak zastawiła wjazd do garażu mojemu ojcu i ten poprosił żeby odjechała nieco - ta dała mu kluczyki i powiedziała żeby sobie sam przestawił. Tupet buduje dobry wizerunek firmy. Urząd pracy ma w rękawie kilka asów, które warto czasem wyciągnąć. A czy ty masz już swojego stażystę na ten rok przedsiębiorco? :)
I obejrzałem Bękarty Wojny Tarantina. Doskonałe kino. A rola Christopha Walz'a niesamowita.
I obejrzałem Bękarty Wojny Tarantina. Doskonałe kino. A rola Christopha Walz'a niesamowita.
26 lut 2010
Kup pan cegłę przez internet
Nie ma to jak tydzień pod znakiem 'mam dla Pana paczkę'. Dzień w dzień dzwonił do mnie jakiś kurier, za każdym razem z innej firmy, żeby mi to zakomunikować. Oczywiście nigdy nie było mnie w domu i albo musieliśmy się spotykać w pół drogi albo gość mówił: "To co, zostawię tę paczkę (u fryzjera/w sklepie/na parkingu w budce u ciecia*)" *(niewłaściwe skreślić). I jak to się ma do twierdzenia sprzedającego, że reklamacja uznana będzie tylko wtedy, jeśli otworzy się paczkę przy kurierze i spisze protokół. Jak zostawi u fryzjera to fryzjer ma to generalnie w dupie. Jak spotkam się z kurierem na mieście i pada mi śnieg na łeb, zawiewa pod kołnierz i śmigają mi auta, bo stoję przy ruchliwej przelotówce, a nadawca zapakował tę paczkę tak, że musiałbym ją piłą tarczową otwierać, to nie ma co oczekiwać, że ją przy nim otworzę. Ależ te kupowanie przez internet niebezpieczne! Ale spoko - żyrafa przyjechała nietknięta. Tymczasowo została wkomponowana między telewizor a router. Czuję, że będzie to afrykańska żyrafa wędrowna i zajmie jej chwilę nim uwije sobie gniazdko w miejscu docelowym.
Żona natomiast, zakwestionowała ozdobę na kontakt, pytając czemu ma kształt liści marihuany. Wybaczyłem oczywiście jej ignorancję, gdyż autor projektu ozdoby bezsprzecznie sugerował się rącznikiem pospolitym (ricinus communis) zwyczajowo nazywanym kleszczowiną pospolitą lub rycynusem. Widać to wyraźnie na poniższych ilustracjach.

Rącznik pospolity

Dekoracja kontaktu
Żona natomiast, zakwestionowała ozdobę na kontakt, pytając czemu ma kształt liści marihuany. Wybaczyłem oczywiście jej ignorancję, gdyż autor projektu ozdoby bezsprzecznie sugerował się rącznikiem pospolitym (ricinus communis) zwyczajowo nazywanym kleszczowiną pospolitą lub rycynusem. Widać to wyraźnie na poniższych ilustracjach.

23 lut 2010
Jak Polacy Santa Cruz zdobywali
W mieście o wdzięcznej nazwie Pacyfica jest najciekawiej położony Taco Bell jaki widziałem. Z okna widać bezkres oceanu i ekipy na deskach surfingowych, polujące na większe fale. Kilka metrów na południowy-zachód, praktycznie na samej plaży, położony jest dość spory dom, w którym mieszka Steve. Steve to gość po trzydziestce, który wygląda na znacznie więcej z racji kompletnej arogancji wobec swojej aparycji. Brudny, wytatuowany, nieogolony typ, który zajmuje się w większości przypadków egzystencją. Nikt nie wie z czego żyje, ale żyje mu się lepiej niż wielu ludziom na tej planecie. Wyzwolony, radosny, ceniący wolność i komfort - generalnie lejący na system ziomal. Co wieczór, przy ognisku rozpalonym tuż przy jego chałupie, w towarzystwie oceanu, gromadziło się mnóstwo osób - surferów, przechodniów, znajomych. Przy dźwiękach jego gitary, przy litrach piwa i fajce, snuły się historie, które każdy z przybyszów przynosił ze sobą. Naszą kartą przetargową zawsze była Anka - blondynka nie grzesząca inteligencją, przytaszczona z polski nie wiadomo po co przez mojego kumpla na letnią wyprawę po Stanach tego roku. Taplała się skąpo ubrana, po nocy w tym Pacyfiku przy generalnej uciesze gawiedzi, gdy my z radością korzystaliśmy z darmowego browara i innych uciech.
Któregoś ranka, po jednej z takich imprez, naszła nas chęć na wycieczkę do Santa Cruz. Przewodniki po Kalifornii uznawały to miasto, a w szczególności skalne mosty w jego okolicy, za pozycję obowiązkową. Wyprawę skrzętnie obmyśliliśmy dzień wcześniej przy ognisku u Steve'a. Dwa ważne punkty, które gwarantowały dotarcie i powrót tego samego dnia uwzględniały: zostawić blondynę na chacie, co by się pod nogami nie plątała oraz wyjechać WCZEŚNIE rano. Oczywiście zostawić blondynę na chacie szczególnie trudno nie było, gdyż sens jej istnienia kręcił się wokół słońca i plaży, a każda przygoda wymagająca nieco wysiłku psuła jej koncepcję na letni pobyt w Cali. Wstać rano natomiast już tak łatwo nie było - szczególnie, że Steve wieczór wcześniej przeszedł sam siebie z oferowanymi trunkami. Zanim doczłapaliśmy się z naszej willi na autostradę, biegnącą przy Taco Bell, było już południe.
62 mile to niby nie dużo. Poza tym droga malownicza, pogoda wyborna, nic tylko łapać stopa. Pech chciał, że komuś tak się ten dzień i malownicza trasa spodobała, że z niej wypadł wprost do oceanu ze skutkiem śmiertelnym. I tak my, dwa zmarnowane trudami wczorajszego wieczora imigranty, ustawione z kciukami wyciągniętymi do góry, gotowi łapać auta, patrzymy jak nadjeżdża policja, stawia blokadę i każe zawracać. Na naszych oczach Pacific Coast Hwy została zamknięta.
No ale. Co robi Polak, gdy po ciężkich trudach poranka wyruszy w końcu w podróż? Przecież nie zawróci go byle błahostka! Krew przodków, bohaterów dywizjonu 303, bitwy pod Monte Cassino i Grunwaldem buzuje i każe tym bardziej, na przekór przeciwnościom losu, brnąć dalej, z uporem! Postanowiliśmy ominąć więc kordon policji i ruszyć pieszo. Gdzieś ten wypadek przecież się odbył i zawracają pewnie ludzi z przeciwnej strony więc ktoś nas weźmie. A że puścić nas drogą nie chcieli, zatoczyliśmy lekkie koło i ruszyliśmy ... w góry. Czy raczej w klify. Coś co z początku wydawało się małym wzniesieniem, pagórkiem ledwie, porośniętym suchymi badylami, okazało się ryzykowną przeprawą przez cholerne klify. Doszło do tego, że po przebyciu kilku kilometrów faktycznie dotarliśmy w okolice drogi, tyle że droga ta była kilkadziesiąt metrów poniżej ... pionowej ściany. Po dłuższych błądzeniach i wykonaniu szeregu spektakularnych fotek, znaleźliśmy w miarę rozsądne zejście i ustawiliśmy się przy drodze, gdzie dawno już wznowiono normalny ruch. Zbliżała się 16:00.

Łapanie stopa nie należało do najtrudniejszych. Kilka minut później siedzieliśmy już na tylnym siedzeniu SUVa podziwiając spektakularne widoki mijanej okolicy. Po przejechaniu kilku kilometrów, młode małżeństwo, które było tak miłe i zabrało nas w podróż do samego Santa Cruz, zaoferowało zapalenie małego spliffa, co by umilić, wystarczająco miłą, moim zdaniem, wyprawę. Parę chwil później nic już nie było takie samo.

Santa Cruz przywitało nas zachodzącym słońcem. Skalne mosty były niesamowite, w mieście było uroczo, foki wesoło hmm... gruchały? (właściwie jakie dźwięki wydają foki) ale droga powrotna wydawała się strasznym wyzwaniem. Kilka godzin później po zwiedzeniu wszystkiego co się dało, zapadła całkowita ciemność. No tak. Kto weźmie dwóch chłopaków, których ledwo widać, wyglądających na dość zmarnowanych trudami drogi i zawiezie do domu? Kwadranse mijały, zrobiła się 23:00 i sytuacja jak zwykle o tej porze, jeśli chodzi o łapanie stopa, robiła się dość beznadziejna. Ale jak to bywa w podróżach na stopa - gdy przychodzi zwątpienie, tuż za nim nadchodzi zbawienie. Zbawienie miało koło czterdziestki i zwało się Sarah. Powiedziała, że widziała nas wcześniej jak tu stoimy, a że ma dzieci w naszym wieku to nie mogła nas tak zostawić. Mimo, że mieszkała w Santa Cruz postanowiła uratować biednych, ... czy może raczej głupich, Słowian. Zawiozła nas pod drzwi domu, by sama wracać w środku nocy z powrotem. Z czasem, podczas kolejnych podróży, przywykliśmy do takich ludzi, którzy mimo, iż mieli nie po drodze, zawozili nas tam gdzie chcieliśmy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)